Przejdź do głównej zawartości

Zwykle dumny jestem, choć żałosny bywam też.

-Więc kimże w końcu jesteś?
– Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc,wiecznie czyni dobro
(J.W. Goethe "Faust")
Kim jestem?

Kupką genów? Miliardem komórek? Może dualistycznym skrawkiem całości składającej się z takich jak ja puzzli?

Takie myśli mnie czasami nachodzą, zresztą myślę że i Wy się nad tym czasem zastanawiacie.

No w końcu kim ja jestem?

Ja widzę to tak.
Jestem sumą doświadczeń, charakteru, pasji i myśli.
Każda sekunda mojego życia kształtuje mnie. Zostawia we mnie swoje piętno.
Każda litera postawiona na papierze. Każde słowo wklepane w komputer.
Każda piosenka ma na mnie wpływ. (tak "Ding-dong song" też)
Każdy koncert. Nawet jeśli jest to któryś koncert tego samego zespołu. Bo każdy koncert jest inny, w innych warunkach, z inną widownią. Nawet nie wyobrażacie sobie jak wielki wpływ ma to kto siedzi obok nas, nawet jeśli jest to obca osoba. Choć oczywiście największy wpływ ma ten kto stoi na scenie. To jakie utwory gra i jaki ma kontakt w tym czasie ze mną- słuchaczką.
Każda rozmowa z drugim człowiekiem. Nie zależnie od tego czy w świecie realnym czy wirtualnym.
Każdy kontakt fizyczny z drugim człowiekiem, choć ten kontakt nie jest dla mnie łatwy. Nie wiem z czego to wynika, ale mam opory przed dotykaniem innych w każdy sposób i przed byciem dotykaną. Dlatego dużym problemem dla mnie jest jazda komunikacją publiczną, zwłaszcza autobusami i tramwajami, gdzie zawsze jest dużo ludzi.
Każde wbrew pozorom błahe wydarzenie. Czasami wydaje się, że to co się wydarzyło nie ma żadnego znaczenia, a tak naprawdę ma wpływ na wiele decyzji, które podejmuję, wiecie trochę jak w efekcie motyla.
Każdy obejrzany film, przeczytana książka. Nawet z najbardziej dennych dzieł coś dla siebie wynoszę.
I te wszystkie składniki tworzą mnie taką jaka jestem tu i teraz. Kreują mnie, rzeźbią jak artysta w bryle gliny.

I tym właśnie jestem.

Komentarze

  1. Interesujące przemyślenia ;) Ładnie napisane 😺 Może pójdziesz w stronę felietonów?

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Nowy rok- nowa ja

taaaa... już się rozpędzam i lecę.

To nie będzie żadne podsumowanie ubiegłego roku, bo co tu podsumowywać, skoro wiele się nie działo. Nic, null, zero, nothing. Nie powiem, że się nie zmieniło, bo parę zmian zaszło, ale  nie ma nad czym się rozwodzić.

Ale wracając do tematu "nowy rok- nowa ja"... nie zamierzam lecieć na siłownię, katować się dietą, czytać podręczników motywacji, choć pewnie wszystko to by mi się przydało, ale sama myśl o tym mnie napawa obrzydzeniem. Siłownia to nie dla mnie, ale jak zrobi się ciepło i owszem wsiądę na rower. Dieta... cóż przez tydzień byłam na kapuścianej, dziękuję postoję. A co do książek motywacyjnych- wolę po raz setny przeczytać Harry'ego Potter'a, Sagę o Ludziach Lodu, książki Moniki Szwaji, albo Miejsce za Miejscem Michała Szulima.

Chociaż w sumie to mam kilka "drobnych" postanowień, celów, czy jak to tam zwał.

Znajdę sobie znajomych (TAK! może brzmi to śmiesznie, ale nie licząc kilku osób ze studiów, z którymi widzę …

W sumie nie jest źle

Cześć,
Dawno mnie nie było. Ostatni raz zaglądałam tutaj przed wyjazdem do Montfoort. Od tego czasu wiele razy zbierałam się do wystukania kilku słów z aktualizacją. Nawet kilka razy zaczynałam pisać szkic wpisu w zeszycie, ale jakoś nigdy nie mogłam go skończyć.
Ale teraz, kiedy moje życie jako tako złapało jakiś pion  chciałabym wrócić do pisania, bo muszę przyznać, że trochę mi tego brakuje. Mam taki ambitny plan, żeby nowe wpisy pojawiały się raz w tygodniu, w niedzielę. Czy mi się uda? Wierzę, że mam szansę :)

A co przez te prawie 4 miesiące się u mnie działo?

Jak wiecie byłam w Holandii. Miałam być tam około 7 tygodni. Cóż, poszło nie po mojej myśli. W serach pracowało mi się naprawdę dobrze, myślałam, że szefostwo jest ze mnie zadowolone. A jednak po dwóch tygodniach podziękowali mi za współpracę. Trochę się załamałam. Na szczęście nie zostałam z tym sama, bo mam w Holandii osobę do której mogłam się zwrócić o pomoc. Dlatego po dwóch tygodniach z Montfoort przeniosłam się do He…

W kartonie

Jestem już oficjalnie pedagogiem z wykształcenia! W poniedziałek miałam obronę mojej pracy licencjackiej i obroniłam się na czwóreczkę! Dawno nie byłam z siebie aż taka dumna. I to znaczy, że nieubłaganie kończy się etap mojego życia związany z Elblągiem. Bo kiedy w poniedziałek odbiorę z dziekanatu zaświadczenie o ukończeniu studiów to prawdopodobnie nieprędko tam wrócę (nie, nie będę osobiście mogła odebrać dyplomu- zrobi to za mnie moja mama). Ostatnie 2 miesiące były czasem intensywnego załatwiania wszystkich możliwych (i tych niemożliwych też 😉) spraw. Dawno nie miałam tyle biegania po wszelkiego rodzaju instytucjach i urzędach, od banków począwszy, przez ARiMR skończywszy na notariuszu. Ale oprócz jednego papieru z uczelni (żebym mogła zacząć od października studia na innej uczelni) właściwie wszystko już mam załatwione i przyklepane. No dobra, nie wszystko. Została mi jeszcze jedna Niezałatwiona Sprawa, ale to jest coś czego naprawdę nie mam siły ruszać. Nie chodzi tu nawe…