Przejdź do głównej zawartości

Wiem, że dzisiaj tańczysz tylko ze mną...

Stchórzyłam...

Jest noc, a ja znów nie śpię...  siedzę na łóżku i słucham Video- ostatnio jakoś mnie to kręci. A żeby móc pisać z łóżka odwróciłam monitor i klawiaturę wzięłam na kolana...

Stchórzyłam. Wiecie, pierwszy raz w życiu dostałam zaproszenie na walentynki od chłopaka (jeszcze nie powiedziane czy mojego, ale jednak płci męskiej) i... wymiksowałam się gładko.
Fakt, że plany miałam już od jakiegoś czasu ułożone, ale jeśli zaszłaby taka potrzeba osoba z którą chcę spędzić ten dzień ni obraziłaby się a nawet cieszyłaby się, że sobie życie układam. Ale jestem cholernym tchórzem.

A wiecie dlaczego?

Bo boję się, że taka pierwsza randka (czy jak to zwał  tak zwał) mogłaby być jakaś zobowiązująca czy coś... wiecie "święto zakochanych  sratatata". Bo przeciw samemu spotkaniu z nim nie mam nic przeciwko., ale w każdy inny dzień roku. Wiecie bez tego bzdurnego nakazu bycia zakochanym bo dzień taki. No i jednak uważam, że dwa tygodnie znajomości i to internetowej to zbyt mało żeby spotykać się w walentynki. Jakieś to dla mnie nienaturalne. W każdy inny dzień roku to wygląda jakoś tak... normalniej, wiecie o co mi chodzi. Bez tej romantycznej otoczki, można pogadać na spokojnie, poznać się. Co tu dożo gadać, każdy inny dzień roku stwarza bezpieczną neutralność dla takiego pierwszego spotkania... Święto zakochanych (bla bla bla) jest tego pozbawiane z samej nazwy i jaky wymusza na nas pewne postawy. A nie chciałabym się wkopać w coś (choć nie twierdzę, że tak być musi) czego będę potem żałowała przez długi długi czas, tylko dlatego, że dałam się ponieść atmosferze szczęścia, miłości i słodyczy...

A Wy co o tym myślicie?

Komentarze

  1. Według mnie nie stchórzyłaś :) zawsze możesz w inny dzień się z nim spotkać :) jednak jeśli tak się tym przejmujesz, tzn. że chcesz się z nim spotkać, więc czemu odrobine nie zaryzykować i dać się ponieść szaleństwu małemu? A "święto zakochanych" to komercyjne święto

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Tak będzie lepiej już to wiem...

Nie rozpieszczam Was postami, nie ma co... ostatni post był w... lutym. Cóż pozostawię to bez komentarza.
Sporo się od tego czasu u mnie zmieniło. Zakończyłam swoją przygodę z przedszkolem. Zaczęłam przygodę ze szkołą, którą też niebawem zamierzam zakończyć (na szczęście). O powodach dla których nie zamierzam kontynuować współpracy w miejscu, w którym pracuję obecnie napiszę kiedy indziej, bo wiecie jak jest... ale na samą myśl o poniedziałku chce mi się wyć.
A co tam jeszcze poza tym?
W sumie bez zmian, dalej jestem no-lifem. ale wiecie co? Zaczęłam to cholera doceniać.
Bo wiecie co odkryłam dzięki zajęciom z psychologii klinicznej (tak, dalej studiuję tu gdzie studiowałam) i książce dr Sandi Mann "Psychologia od środka. Nauka badająca stan umysłu", że jestem jedną z osób, które mają osobowość unikającą, która charakteryzuje się trudnościami w kontaktach społecznych i unikanie ich (skrajna introwersja), mimo dążenia do bycia akceptowanym i pragnienia relacji interpersonalny…

Birds are flying on the Europe skies...

Jest niedziela,  już nie późno, ale jeszcze nie wcześnie. Długo zajęło mi zebranie się w sobie żeby wrócić z nowym postem...
Podejrzewam że ten wpis będzie żałosny w swej formie i narzekaniu,  ale takie mam od dłuższego czasu nastroje...  Po prostu depresja w rozkwicie.
Jak przez ostatnie półtora miesiąca wyglądało moje  Nie-życie? Praca-dom-szkoła. Wpadłam w kierat i nawet w dzień wypłaty nie miałam się  lepiej,  a wręcz patrząc na stan konta czułam się jakby  mi ktoś w twarz dał... Tak wiem,  że młoda jestem, nie mam doświadczenia to czego się spodziewam...  Ale do cholerny...  Chciałabym jednak żyć spokojnie, a nie zastanawiać się czy jeśli po opłaceniu szkoły i innych zobowiązań jeśli  kupię sobie nowe spodnie i buty to czy starczy mi  do następnej wypłaty.  Moje koleżanki ze studiów jak im powiedziałam ile średnio zarabiam pracując w zawodzie były pod wrażeniem,  że jeszcze nie rzuciłam pracy, a wręcz brnę w to kończąc kolejne studia w tym samym kierunku... Cóż póki co pracuję …

נולדתי לשלום

Dzisiaj zacznę piosenką... nieprzypadkową... zanim przejdziesz dalej posłuchaj... wiem, że na 99% nie rozumiesz tekstu bo jest po hebrajsku, ale później Ci to wytłumaczę. Obcuję.



Jak wiesz, albo zauważyłeś nie wypowiadam się na tematy związane z polityką. Raz kłóci się to z moim osobistym ja, które nawet jeśli ma jakieś poglądy dotyczące religii i polityki to nie wdaje się w dyskusje na ten temat z NIKIM, nawet z rodziną, a dwa, trochę z racji wykonywanego zawodu, bo pamiętam jak na studiach licencjackich wykładowczyni powiedziała nam, że nauczyciel nie powinien obnosić się ze swoimi poglądami na te tematy (z czym całkowicie się zgadzam, zresztą gdybym miała dzieci też nie chciałabym, żeby nauczyciel je indoktrynował w tym względzie).

Ale dzisiaj chcąc nie chcąc zahaczę nieco o politykę, bo trudno nie zawadzić.
Wczoraj w Gdańsku wydarzyła się tragedia. Co tu kryć nawet mnie, osobę, która dość chłodnym okiem patrzy na świat i to co się w nim dzieje, to mocno poruszyło. Już samo to, że …