Zmoknięty Kopciuszek

Jak wiecie, lub nie, byłam wczoraj w Gdańsku. Tak w drodze powrotnej ze Szczecina wdepnęłam. Powiedziałabym, że przypadkiem, ale  skłamałabym, bo to był przystanek zaplanowany świadomie. Dlaczego? Bo Plateau, Ewa Błachnio i Sonia Bohosiewicz na Dolnym Mieście. No i oczywiście spotkać się z Agu- z nikim nie pije się wody z saturatora tak jak z nią :D
W Gdańsku byłam o 16, ale zanim się ogarnęłam i dotarłyśmy na miejsce zrobiła się 17.30. A na Łąkowej (podziękowania dla dwóch przystojnych stróżów prawa, którzy wskazali nam drogę  >.<) regularny festyn, taki jak u mnie gdy są dożynki lub odpust przy kościele- odlot na maksa. Choć nie to było naszą pierwszą myślą po dotarciu na miejsce hyhy... nieważne :D
Choć nie muszę najpierw wstawić zdjęcie tęczy, którą widziałyśmy, bo to taka nasza dencza i takie tam :)
Photo by Agu

Jako, że do 19 czasu kupa, a pod sceną tłoków nie było bo pogoda niepewna, poszłyśmy połazić i pozwiedzać i znalazłyśmy coś wspaniałego... WODĘ!!! Ale to nie była zwykła woda... to była woda z saturatora z sokiem (moja- malina z imbirem, a  Agi pomarańcza i imbir- pychota)
Photo by Agu

Potem jak na prawdziwe studentki przystało się uraczyłyśmy "nektarem bogów" hahaha... gdzie boskie to były ceny hah, ale cóż raz się żyje. I wiecie co? Co Wam powiem to Wam powie, ale gdy się siedzi z przyjacielem na chodniku to piwo smakuje inaczej. Nie potrafię określić dlaczego, ale tak jest po prostu.
Potem wata cukrowa- może zachowuję się czasami jak dziecko, ale dla mnie festyn bez waty cukrowej to nie festyn, więc była... biała puchata, duża, obowiązkowo na patyku z drzazgami :D
Także tego... w między czasie, jak to ja, zrobiłam z siebie wariatkę kładąc się ze śmiechu na barierkach... norma.

A potem zaczął się koncert- w strugach ulewnego deszczu działa się muzyka- miodzio. ( tu mogłabym skopiować większość moich poprzednich opowieści na ten temat (wszak ta jest chyba czwarta, a koncert dla mnie już szósty), więc tym razem część superlatyw będzie domyślna, możecie je sami wpisać :D )
Ten koncert był dla mnie takim spełnieniem mojego małego marzenia: odkąd usłyszałam 'Wiosnę..." w wersji płytowej chciałam usłyszeć ją w takim samym składzie na koncercie i wreszcie po 4 latach stało się... choć potem ta myśl, że usłyszałam w końcu to na co tak długo czekałam ulotniła się, a mi opadła szczęka... na scenę wyszła Ewa Błachnio. Ta kobieta to GENIUSZ! Gdy usłyszałam "Nic nie pachnie jak Ty" myślałam, że się poryczę... słyszałam tą piosenkę już w nie jednej wersji koncertowej (w tym dwukrotnie z Renatą Przemyk- oryginalną wykonawczynią) i żadna, powtarzam ŻADNA! nie wywarła na mnie aż takiego wrażenia jak ta... jeszcze do tego ten zacinający deszcz  AAAAAACH!

Ale niestety... ZTM i PKP PR nie znają litości :( z tej racji, że miałam po 22 ostatni pociąg w stronę domu i niekoniecznie ciekawy dojazd na dworzec, pomijając, że przecież było nas 2,5, bo Alberta należy liczyć za 1/2, musiałam odejść zanim koncert się skończył. Potem siedząc na dworcu i czekając na pociąg czułam się dziwnie... ale mniejsza o to, bo liczy się to co dobre, a to co było złe z czasem wyblaknie!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bawię się świetnie...

Niby-nóżka niby-mózg

W kartonie