Przejdź do głównej zawartości

.no life

Cześć,
I znów pojawiam się i znikam, i znikam, i znikam..., ale wiecie co, czasami życie wygrywa ze mną. Tak jak dzisiaj. Taaaakie miałam plany, ale skończyło się na tym, że właściwie cały dzień spędziłam w łóżku z Pentasiem czytając (kolejny raz, tym razem na wyrywki) panią Margit Sandemo i Jo Nesbo. Taka jestem nie do życia i umieram, bo boli.
A jutro poprawa ze słówek z angielskiego i na wtorek praca z pojęć i systemów.
Chyba tracę powoli do tego wszystkiego serce, do użerania ze Smerfem (choć jeszcze na otwartą drogę wojny nie wstąpiłam, punkt przesilenia zbliża się nieubłaganie -.-). Nawet do muzyki i rysowania powoli zaczynam tracić cierpliwość. I do bloga też... do wszystkiego a najbardziej do siebie.
Ale się użalam nad sobą, wiem, wiem. Z tego mojego użalania płyną jednak pewne wnioski.
Brakuje mi CELU, zwyczajnie jakiegoś SENSU (w Jasminum był taki moment, kiedy jeden z braciszków, Czereśnia chyba, nosił figury świętych, których pierwsze litery imion układały się w słowo SENS- jak ktoś nie widział, polecam naprawdę mega film). Kiedyś jakoś nie potrzebowałam takiej motywacji, jednak teraz wiele bym za nią dała. Przez jakiś czas takim małym motorkiem był teatr, ale przez odgrzewanie jasełek i to mi przestało wystarczać. Jutro mamy zacząć coś nowego i może przywróci mi to choć odrobinę wiary w ludzkość, ale tak chociaż tyćkę.
Myślę, że to moje zniechęcenie bierze się też z tego, że dorosłam, wiem, że brzmi to co najmniej tak śmiesznie, jak ja się zachowuję po ilości alkoholu większej niż powinnam spożyć (tak i nie boję się do tego przyznać, bo uważam, że jest to rzeczą ludzką, a ja jestem człowiekiem i może kiedyś o tym napiszę, ale nie obiecuję bo nie wiem na ile jeszcze pary mi starczy), bo przecież dorosła jestem już od ponad roku, chodzi mi o taką emocjonalną dorosłość, kiedy człowiek dojrzewa do zmian, zwłaszcza tych w sferze uczuciowej (nie, nie uważam, że cizie zmieniające co tydzień chłopaków są dojrzałe, jak dla mnie są BARDZO nie dojrzałe). Chyba przyszedł czas żeby znaleźć sobie kogoś (jak to okropnie brzmi! fuj!), choć przez całe życie byłam  sama, pojedyncza, taki trochę nawet towarzyski outsider ze mnie, ani nie imprezuję, po klubach się nie szlajam, tyle co raz na ruski rok zajdę za znajomymi do jakiegoś pubu na piwo i to zazwyczaj przed/po jakimś koncercie. Tak więc zastanawiam się gdzie mam tego księcia szukać, tym bardziej, że jakoś specjalnie uwagi na siebie nie zwracam,  a i zagadać głupio. Nie znaczy to, że wcale nie mam w gronie znajomych osobników płci przeciwnej... no oczywiście, że posiadam i to nawet sporo... niestety, albo nie w moim typie, a jak już się "nadający" trafi to albo zajęty, albo i tak ląduję we friendzonie już na samo wejście. Eeeegh erstaz cholera nie życie... jak śpiewała Krafftówna. Taki już chyba mój urok, magia imienia, czy jak to zwał tak zwał. A gdyby tak raz wbrew swoim uczuciom i wrażliwości, gustom muzycznym i w ogóle wbrew wszystkiemu, jechać do jakiegoś obcego miasta, gdzie mnie nie zna nikt (nie wiem Wołomin, Alwernia (nie wiedziałam, że coś takiego istnieje), Połaniec, Ćmielów whatever) iść w tym mieście do jakiejś bądź dyskoteki/ klubu, sponiewierać się tak jak nigdy tego nie zrobiłam, do tego stopnia, że muzyka nie będzie mi przeszkadzać i puścić się w tango. Głupi pomysł i tak bardzo nie po mojemu, każdy kto mnie choć trochę zna to potwierdzi, ale kto wie czy czasem nie słuszny, może tam czeka na mnie gdzieś ten jedyny, a przy okazji wyjdzie ze mnie zwierz dyskotekowy.
Kto wie...
W każdym bądź razie ja się nie dowiem jeśli nie spróbuję.
Ale chyba jednak tego nie robię,
za dużo godności własnej mam...
a może jednak, by się upodlić trochę...
kusi mnie to bardzo... huh

Dobra kończę pisanie nie dokończywszy w sumie do końca (tautologia, wiem) myśli bo jeszcze chwila i zarezerwuję bilet do Wołomina, Ćmielowa, czy gdzie tam

Do spisania,
M.

PS jak macie jakieś przemyślenia na ten temat walcie śmiało, wiele zniosę, a i będę wiedziała, że ktoś to czyta...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tak będzie lepiej już to wiem...

Nie rozpieszczam Was postami, nie ma co... ostatni post był w... lutym. Cóż pozostawię to bez komentarza.
Sporo się od tego czasu u mnie zmieniło. Zakończyłam swoją przygodę z przedszkolem. Zaczęłam przygodę ze szkołą, którą też niebawem zamierzam zakończyć (na szczęście). O powodach dla których nie zamierzam kontynuować współpracy w miejscu, w którym pracuję obecnie napiszę kiedy indziej, bo wiecie jak jest... ale na samą myśl o poniedziałku chce mi się wyć.
A co tam jeszcze poza tym?
W sumie bez zmian, dalej jestem no-lifem. ale wiecie co? Zaczęłam to cholera doceniać.
Bo wiecie co odkryłam dzięki zajęciom z psychologii klinicznej (tak, dalej studiuję tu gdzie studiowałam) i książce dr Sandi Mann "Psychologia od środka. Nauka badająca stan umysłu", że jestem jedną z osób, które mają osobowość unikającą, która charakteryzuje się trudnościami w kontaktach społecznych i unikanie ich (skrajna introwersja), mimo dążenia do bycia akceptowanym i pragnienia relacji interpersonalny…

Birds are flying on the Europe skies...

Jest niedziela,  już nie późno, ale jeszcze nie wcześnie. Długo zajęło mi zebranie się w sobie żeby wrócić z nowym postem...
Podejrzewam że ten wpis będzie żałosny w swej formie i narzekaniu,  ale takie mam od dłuższego czasu nastroje...  Po prostu depresja w rozkwicie.
Jak przez ostatnie półtora miesiąca wyglądało moje  Nie-życie? Praca-dom-szkoła. Wpadłam w kierat i nawet w dzień wypłaty nie miałam się  lepiej,  a wręcz patrząc na stan konta czułam się jakby  mi ktoś w twarz dał... Tak wiem,  że młoda jestem, nie mam doświadczenia to czego się spodziewam...  Ale do cholerny...  Chciałabym jednak żyć spokojnie, a nie zastanawiać się czy jeśli po opłaceniu szkoły i innych zobowiązań jeśli  kupię sobie nowe spodnie i buty to czy starczy mi  do następnej wypłaty.  Moje koleżanki ze studiów jak im powiedziałam ile średnio zarabiam pracując w zawodzie były pod wrażeniem,  że jeszcze nie rzuciłam pracy, a wręcz brnę w to kończąc kolejne studia w tym samym kierunku... Cóż póki co pracuję …

נולדתי לשלום

Dzisiaj zacznę piosenką... nieprzypadkową... zanim przejdziesz dalej posłuchaj... wiem, że na 99% nie rozumiesz tekstu bo jest po hebrajsku, ale później Ci to wytłumaczę. Obcuję.



Jak wiesz, albo zauważyłeś nie wypowiadam się na tematy związane z polityką. Raz kłóci się to z moim osobistym ja, które nawet jeśli ma jakieś poglądy dotyczące religii i polityki to nie wdaje się w dyskusje na ten temat z NIKIM, nawet z rodziną, a dwa, trochę z racji wykonywanego zawodu, bo pamiętam jak na studiach licencjackich wykładowczyni powiedziała nam, że nauczyciel nie powinien obnosić się ze swoimi poglądami na te tematy (z czym całkowicie się zgadzam, zresztą gdybym miała dzieci też nie chciałabym, żeby nauczyciel je indoktrynował w tym względzie).

Ale dzisiaj chcąc nie chcąc zahaczę nieco o politykę, bo trudno nie zawadzić.
Wczoraj w Gdańsku wydarzyła się tragedia. Co tu kryć nawet mnie, osobę, która dość chłodnym okiem patrzy na świat i to co się w nim dzieje, to mocno poruszyło. Już samo to, że …