Krakowski Ukośnik!

Konicziwa!
Dzisiaj chciałabym powrócić z moją podróżą, albowiem KRAKÓW!


Jeśli chodzi i podróż na trasie Gdańsk- Kraków to te 10 prawie 11 godzin minęło mi w sympatycznym towarzystwie Ani, z którą się umówiłam na fb i Konrada poznanego w autobusie. Choć nie obyło się i bez przygód typu walka z automatem w Łodzi, ale to takie typowe. 
Kraków powitał mnie deszczem, ale na szczęście nie jakimś przenikliwym :) po wydobyciu się z autobusu na krakowskim dworcu pojawił się zasadniczy problem... w którą stronę? 
I tu do akacji wkraczają koledzy z Bochni (pozdrawiamy :D), których spotkaliśmy nieopodal i którzy jak się okazało zmierzali na tenże sam koncert, no i nie bardzo mieli pomysł gdzie iść. Idąc więc zwartą grupą doszliśmy do najbliższego skrzyżowania i... i stanęliśmy w miejscu, ale nawinęła się taka jedna pani z psem (oooo to było przeżycie huh) i powiedziała nam mniej więcej jak mamy się kierować, a że przed koncertem takim watro wprowadzić się w jeszcze bardziej imprezowo-koncertowy nastrój to zapadła decyzja o pójściu na piwo (i dobrze bo na Kraków Arenie piwo kosztowało ok. 9 zł... a mineralna 7 pln- paranoja cóż), a jako, że nikt z nas nie znał miasta to zdaliśmy się na przypadek i udało nam się trafić do dość sympatycznego pubu, ale gdzie on jest to miałabym teraz problem z wskazaniem adresu :D 
A w pubie jak to w pubie... 2 piwka w dość szybkim tempie i trzeba było ruszać dalej i ten etap dalej mimo, iż zaiste ciekawy pozwolę sobie pominąć xD i przejdę do rzeczy...
...KRAKÓW ARENA
Kolejka- mega długaśna była, i niestety pożegnałam się z moją ukochaną, mineralką, potem niestety rozstałyśmy się z Konradem, a koledzy z Bochni zgubili się już wcześniej (zresztą potem ich spotkałam jak wyszłam po wodę), potem kolejna kolejka do szatni. Po pokonaniu wszystkich przeciwności losu znalazłyśmy się na płycie (przez cały koncert dzielnie się przepychając do barierki- ja niestety będąc blisko celu musiałam odpuścić i wyjść tam gdzie jest więcej powietrza :/). Na support się nie załapałyśmy, ale koncert Slasha- magiczny, nie w takim sensie jak Plateau oczywiście, bo to jedno nie ma nic do drugiego, ale były pozytywne wibracje w dużych ilościach. Fakt, że przre koncertem nie miałam kiedy zapoznać się z World on Fire (wstyd), ale myślę, że dobrze się stało, bo dzięki temu mogłam odebrać tą muzykę bez żadnych uprzedzeń i porównań, taką czystą jaka mogła się zdarzyć tylko na koncercie. Nie prawdą jednak byłoby stwierdzenie, że całkiem obce mi były utwory, które pojawiły się na koncercie, bo było też kilka starych kawałków Gunsów .Ta energia gdy darłam się na całe gardło YOU COULD BE MIIIINEEEE! niepowtarzalna. Cóż by jeszcze o tym koncercie... aaaach i Kartoniada była... kiepsko nieco wyszła, ale dumnam, że trzymałam czerwoną kartkę, która zresztą do dzisiaj mam w domu ;) 
A po wyjściu z Areny- kongo. do tego stopnia, że zdecydowaliśmy się wracać pieszo na dworzec ,choć to kawał drogi był.
Słowem podsumowania: mimo odległości, kosztów, niesprzyjającej aury i późniejszego odchorowywania w Warszawie to z pełną świadomością mogę powiedzieć: WARTO BYŁO, NIE ŻAŁUJĘ, gdyby czas się cofnął i miałabym jeszcze raz wybierać jechać czy nie to z pewnością bym pojechała

To by było chyba tyle na ten temat :)
Margot.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bawię się świetnie...

Niby-nóżka niby-mózg

W kartonie